środa, 4 września 2013

4. Zamiana miejsc.

Chyba nudne jak flaki z olejem, ale zawsze to krok do przodu :)



    Malowała z doskonałą precyzją rzęsy już od jakiś piętnastu minut i ciągle była niezadowolona. Jak na złość, kiedy chciała wyglądać jak najlepiej to nawet głupie rzęsy nie chciały się dobrze ułożyć. Co dopiero włosy, które sterczały we wszystkie strony. Odsunęła się trochę od lustra i skrzywiła się. Miała nadzieję wyglądać dzisiaj dużo lepiej, ale nie było już więcej czasu na strojenie się przed lustrem. Zresztą po co to wszystko? Chciała tylko chwilę porozmawiać z Kolem, wytłumaczyć mu, że nie uwierzyła w te jego "pozwalam ci odejść". Miała zamiar po raz ostatni całkowicie zakończyć tą znajomość. Dlaczego więc przejmować się swoim wyglądem, przecież nie musi mu się nawet podobać. Może by było lepiej gdyby przestała go interesować wizualnie. Wtedy dałby jej spokój, bo za charakter to jej raczej nie wielbi. Nigdy nie była dla niego zbyt miła.
    Usłyszała śmiech dobiegający zza drzwi łazienki. To Dean i Alexia rozmawiali w najlepsze. Melody uśmiechnęła się pod nosem, bo jej przyjaciele chyba przypadli sobie do gustu. Cain wpadł właśnie w odwiedziny do Melody, ale musiała załatwić dzisiaj sprawy z Kolem. Brunetka nie wiedziała jak to się stało, że dopiero po tylu latach Dean i Alexia rozmawiają ze sobą. Nigdy nie było wcześniej okazji ich ze sobą bliżej poznać, pochodzili z dwóch różnych światów, ale widać, nie jest to wyznacznik znajomości. Otworzyła drzwi od łazienki i spojrzała na swoich przyjaciół, siedzących na przeciwko siebie.
- Widzę, że byliście grzeczni - zaśmiała się, choć nie była pewna, bo Alexia miała dość widoczne rumieńce na twarzy. W sumie ta dziewczyna zawstydzała się chyba przy każdym osobniku płci męskiej, więc nic w tym dziwnego. - Dean, wpadłeś bez zapowiedzi i nie mogę ci poświęcić dzisiejszego dnia, ale przynajmniej mnie odprowadzisz, co? - Podeszła do chłopaka, złapała go za rękę i pociągnęła w stronę drzwi.
    Przeszli przez cały Pokój Wspólny Placidusa i wyszli na korytarz. Dean opowiadał jej coś o wagarach z Deą Lagerloff, jednak, gdy tylko usłyszała te nazwisko przestała się zbytnio wsłuchiwać. Nienawidziła tej dziewczyny z całego serca i ręce jej aż drżały, gdy tylko o niej słyszała. Nie rozumiała jak Dean mógł się z nią przyjaźnić, a tym bardziej jak ona sama mogła kiedyś powierzać jej swoje sekrety. Niestety Dea okazała się być inna niż sądziła i tak skończyła się ich przyjaźń. Nie miała zamiaru tolerować tej dziewczyny, ani tracić nerwów na myślenie o tym co się między nimi wydarzyło.
- Szlaban z Deą Lagerloff? – skrzywiła się, kiedy Dean doszedł do tego, że czeka go uroczy miesiąc  szlabanów. – Do czego ta dziewczyna znów cię namówiła? - Właściwie to wagary, kradzież jakiegoś mugolskiego samochodu, a zwłaszcza nielegalna teleportacja to rzeczy, które Dean zrobiłby nawet wtedy, gdyby nie był z Deą, ale musiała zwalić winę na tą Wydrę. Zwłaszcza teleportacji, ponieważ brunet od dłuższego czasu studiował książki na ten temat i nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł się przemieszczać w ten sposób, kiedy tylko będzie chciał.
     Dean tylko westchnął. Widziała, że nie ma ochoty na kolejną batalię na ten temat, ale po chwili jej odpowiedział:
- Do niczego mnie nie namówiła. Po prostu dobrze się razem bawiliśmy.
    Przez chwilę szli w milczeniu. Melody spoglądała na zamyślonego przyjaciela i żałowała, że nie ma dla niego więcej czasu. Odkąd znaleźli się w Snowhange to nie mieli za bardzo okazji by spędzić ze sobą chociaż jeden dzień. Teraz, jednak musiała go zostawić, ale obiecała sobie, że w najbliższym czasie go odwiedzi.
- Więc gdzie tak zmierzasz? – zapytał.
    I co miała mu powiedzieć? Z jednej strony musiałaby mu wyjawić całą, skrzętnie skrywaną tajemnicę, przyznać się, że zatajała przed nim takie rzeczy, a z drugiej strony po raz kolejny go skłamać. Wybrała tą prostszą opcję, mimo wyrzutów sumienia, które miała z tego powodu.
- Umówiłam się – odpowiedziała krótko.
    Zobaczyła jak Dean unosi do góry brew i czuła, jak intensywnie się jej przygląda. Chłopak miał dar wyczuwania, kiedy wpadała w kłopoty, ale miała nadzieję, że nie będzie na nią naciskać, ani zachowywać się jak starszy brat. Brunet dobrze wiedział, kiedy go oszukiwała, ale nie zawsze się tym przejmował. Dzięki temu nadal mu ufała i wiedziała, że może do niego przyjść w każdej chwili i z każdym problemem.
- Z kim?
    Chyba nie miał zamiaru odpuścić tym razem. Miłe było to, że się o nią troszczył, ale z drugiej strony trochę irytujące. Była już na tyle duża, że mogła dbać sama o siebie.
- Z koleżanką. – Ucięła krótko i zatrzymała się. Musiała zakończyć tą rozmowę jak najszybciej, by nie musieć już nic więcej kłamać. – Muszę już iść. Do zobaczenia!
    Zanim brunet zdążył coś jej odpowiedzieć, odwróciła się i pędziła już przed siebie, aby jak najszybciej zniknąć z pola widzenia Deana. Westchnęła cicho i kierując się w stronę sali do Run­, z której za dziesięć minut będzie wychodził Kol, myślała o tym co się ostatnio działo. Tak bardzo w wakacje tęskniła za Snowhange, a teraz miała już go dość. Straciła kontrolę nad swoim życiem, wszystko się rozsypało w drobny mak, a ona nie umiała nad tym zapanować. Musiała wziąć się w garść i jakoś to wszystko naprawić.







    Stała oparta o parapet na przeciwko sali lekcyjnej. Czekała, aż zacznie się szum i wszyscy będą opuszczać pomieszczenie. Czuła jak coś ściska jej żołądek, a ręce jej lekko drżały. Starała się nad tym zapanować, aby nie wyjść na jakąś histeryczkę. Kiedy się denerwowała to zawsze miała wrażenie, że wszyscy to widzą i śmieją się z niej. Przecież Melody Viviere musi być zawsze twarda i pewna siebie. Takie było jej założenie odkąd tylko pamięta.
    Kiedy w końcu wyszedł z sali to serce zabiło jej mocniej. Wzięła głęboki oddech i kiwnęła do niego, aby do niej podszedł. Popatrzył na nią zdziwiony, ale po chwili zaczął iść w jej stronę. Nie patrzył jej w oczy, jego wzrok był skierowany w ziemię. Kiedy oparł się plecami o okno, korytarz był już całkowicie pusty. Przez chwilę stali w milczeniu. Kol chyba nie miał zamiaru zacząć rozmowy, właściwie to wyglądał na mało zainteresowanego rozmową z nią. Pewnie czuł do niej ogromny żal, a ona wcale mu się nie dziwiła. Jednak robiła to, co robiła, nie tylko ze względu na siebie, ale też i na niego.
- Kol, wiem, że cię zraniłam. - Zaczęła prosto z mostu. Nie miała siły na owijanie w bawełnę. - I to co powiem teraz pewnie zrani cię jeszcze bardziej, ale...
- Ale? - przerwał jej lodowatym głosem. Jego wzrok ciągle był utkwiony w jednym punkcie - na czubkach swoich butów.
- Nigdy nie będziemy razem - powiedziała. - Mówię ci to, abyś podarował sobie te twoje zagrywki.
    Kol podniósł wzrok i spojrzał jej prosto w oczy, marszcząc czoło.
- Jakie zagrywki? - zapytał zdziwiony.
    Melody skrzywiła się. Chłopak miał zamiar chyba udawać głupiego, ale ona tego nie łykała.
- Udawanie, że pozwalasz mi odejść? - Popatrzyła na niego z lekko pogardliwym uśmiechem. - Proszę cię, dzień wcześniej błagasz mnie, żebym z tobą była, a na drugi dzień już cię to nie interesuje? - zaśmiała się.
    Chłopak westchnął lekko i położył jej rękę na ramieniu. Jego oczy wpatrzone było prosto w jej oczy. Patrzył przeszywającym wzrokiem jakby próbował zbadać zakamarki jej umysłu.
- Melody, odpuść - powiedział. - Widać nie było nam dane być razem.
    Melody poczuła jakby ktoś dał jej w twarz. Ona ma odpuścić? To przecież on ją męczy i dręczy, błaga o związek, a teraz mówi, że ona ma odpuścić. Chyba coś mu się pomyliło! Ona przyszła tutaj by skończyć z jego złudnymi nadziejami, a on z nią pogrywa w jakieś głupie gierki i odwraca kota ogonem!
- Było, minęło. - Poprawił koszulę i podniósł się z parapetu. - A teraz wybacz, ale się spieszę.
    I odszedł. Patrzyła osłupiała jak odchodzi. Nawet się nie odwrócił, ani na nią nie spojrzał. Po prostu odszedł. Nie rozumiała do końca co się właściwie stało. Kol zachowywał się jak inny człowiek. Nie wiedziała w co gra i skąd mu to przyszło do głowy, ale czuła się upokorzona. To ona miała władzę w tym "związku", a wyszło na to, że to on ją olał.
    A do tego "wybacz, ale się spieszę"? To są chyba jakieś żarty! Perfidnie ją zignorował!
    Zacisnęła pięść z całej siły. Zamiast się cieszyć, że ma tą toksyczną znajomość za sobą, to nie wiedząc czemu, czuła się oszukana. Na co ona liczyła? Że całe życie będzie za nią biegał i błagał ją o chociażby jedno słowo skierowane w jego stronę? Nie była przecież, aż taką egoistką. A może była? W każdym razie dostała za to nauczkę.
    Jednak nie miała zamiaru tego tak zostawić. Nikt nie traktuje w ten sposób Melody Viviere. To ona jest tą, która decyduje o sobie, swoim życiu i swoich znajomościach. Udowodni mu, że jej potrzebuje. Kol Hemecker nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy jak bardzo!