środa, 4 września 2013

4. Zamiana miejsc.

Chyba nudne jak flaki z olejem, ale zawsze to krok do przodu :)



    Malowała z doskonałą precyzją rzęsy już od jakiś piętnastu minut i ciągle była niezadowolona. Jak na złość, kiedy chciała wyglądać jak najlepiej to nawet głupie rzęsy nie chciały się dobrze ułożyć. Co dopiero włosy, które sterczały we wszystkie strony. Odsunęła się trochę od lustra i skrzywiła się. Miała nadzieję wyglądać dzisiaj dużo lepiej, ale nie było już więcej czasu na strojenie się przed lustrem. Zresztą po co to wszystko? Chciała tylko chwilę porozmawiać z Kolem, wytłumaczyć mu, że nie uwierzyła w te jego "pozwalam ci odejść". Miała zamiar po raz ostatni całkowicie zakończyć tą znajomość. Dlaczego więc przejmować się swoim wyglądem, przecież nie musi mu się nawet podobać. Może by było lepiej gdyby przestała go interesować wizualnie. Wtedy dałby jej spokój, bo za charakter to jej raczej nie wielbi. Nigdy nie była dla niego zbyt miła.
    Usłyszała śmiech dobiegający zza drzwi łazienki. To Dean i Alexia rozmawiali w najlepsze. Melody uśmiechnęła się pod nosem, bo jej przyjaciele chyba przypadli sobie do gustu. Cain wpadł właśnie w odwiedziny do Melody, ale musiała załatwić dzisiaj sprawy z Kolem. Brunetka nie wiedziała jak to się stało, że dopiero po tylu latach Dean i Alexia rozmawiają ze sobą. Nigdy nie było wcześniej okazji ich ze sobą bliżej poznać, pochodzili z dwóch różnych światów, ale widać, nie jest to wyznacznik znajomości. Otworzyła drzwi od łazienki i spojrzała na swoich przyjaciół, siedzących na przeciwko siebie.
- Widzę, że byliście grzeczni - zaśmiała się, choć nie była pewna, bo Alexia miała dość widoczne rumieńce na twarzy. W sumie ta dziewczyna zawstydzała się chyba przy każdym osobniku płci męskiej, więc nic w tym dziwnego. - Dean, wpadłeś bez zapowiedzi i nie mogę ci poświęcić dzisiejszego dnia, ale przynajmniej mnie odprowadzisz, co? - Podeszła do chłopaka, złapała go za rękę i pociągnęła w stronę drzwi.
    Przeszli przez cały Pokój Wspólny Placidusa i wyszli na korytarz. Dean opowiadał jej coś o wagarach z Deą Lagerloff, jednak, gdy tylko usłyszała te nazwisko przestała się zbytnio wsłuchiwać. Nienawidziła tej dziewczyny z całego serca i ręce jej aż drżały, gdy tylko o niej słyszała. Nie rozumiała jak Dean mógł się z nią przyjaźnić, a tym bardziej jak ona sama mogła kiedyś powierzać jej swoje sekrety. Niestety Dea okazała się być inna niż sądziła i tak skończyła się ich przyjaźń. Nie miała zamiaru tolerować tej dziewczyny, ani tracić nerwów na myślenie o tym co się między nimi wydarzyło.
- Szlaban z Deą Lagerloff? – skrzywiła się, kiedy Dean doszedł do tego, że czeka go uroczy miesiąc  szlabanów. – Do czego ta dziewczyna znów cię namówiła? - Właściwie to wagary, kradzież jakiegoś mugolskiego samochodu, a zwłaszcza nielegalna teleportacja to rzeczy, które Dean zrobiłby nawet wtedy, gdyby nie był z Deą, ale musiała zwalić winę na tą Wydrę. Zwłaszcza teleportacji, ponieważ brunet od dłuższego czasu studiował książki na ten temat i nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł się przemieszczać w ten sposób, kiedy tylko będzie chciał.
     Dean tylko westchnął. Widziała, że nie ma ochoty na kolejną batalię na ten temat, ale po chwili jej odpowiedział:
- Do niczego mnie nie namówiła. Po prostu dobrze się razem bawiliśmy.
    Przez chwilę szli w milczeniu. Melody spoglądała na zamyślonego przyjaciela i żałowała, że nie ma dla niego więcej czasu. Odkąd znaleźli się w Snowhange to nie mieli za bardzo okazji by spędzić ze sobą chociaż jeden dzień. Teraz, jednak musiała go zostawić, ale obiecała sobie, że w najbliższym czasie go odwiedzi.
- Więc gdzie tak zmierzasz? – zapytał.
    I co miała mu powiedzieć? Z jednej strony musiałaby mu wyjawić całą, skrzętnie skrywaną tajemnicę, przyznać się, że zatajała przed nim takie rzeczy, a z drugiej strony po raz kolejny go skłamać. Wybrała tą prostszą opcję, mimo wyrzutów sumienia, które miała z tego powodu.
- Umówiłam się – odpowiedziała krótko.
    Zobaczyła jak Dean unosi do góry brew i czuła, jak intensywnie się jej przygląda. Chłopak miał dar wyczuwania, kiedy wpadała w kłopoty, ale miała nadzieję, że nie będzie na nią naciskać, ani zachowywać się jak starszy brat. Brunet dobrze wiedział, kiedy go oszukiwała, ale nie zawsze się tym przejmował. Dzięki temu nadal mu ufała i wiedziała, że może do niego przyjść w każdej chwili i z każdym problemem.
- Z kim?
    Chyba nie miał zamiaru odpuścić tym razem. Miłe było to, że się o nią troszczył, ale z drugiej strony trochę irytujące. Była już na tyle duża, że mogła dbać sama o siebie.
- Z koleżanką. – Ucięła krótko i zatrzymała się. Musiała zakończyć tą rozmowę jak najszybciej, by nie musieć już nic więcej kłamać. – Muszę już iść. Do zobaczenia!
    Zanim brunet zdążył coś jej odpowiedzieć, odwróciła się i pędziła już przed siebie, aby jak najszybciej zniknąć z pola widzenia Deana. Westchnęła cicho i kierując się w stronę sali do Run­, z której za dziesięć minut będzie wychodził Kol, myślała o tym co się ostatnio działo. Tak bardzo w wakacje tęskniła za Snowhange, a teraz miała już go dość. Straciła kontrolę nad swoim życiem, wszystko się rozsypało w drobny mak, a ona nie umiała nad tym zapanować. Musiała wziąć się w garść i jakoś to wszystko naprawić.







    Stała oparta o parapet na przeciwko sali lekcyjnej. Czekała, aż zacznie się szum i wszyscy będą opuszczać pomieszczenie. Czuła jak coś ściska jej żołądek, a ręce jej lekko drżały. Starała się nad tym zapanować, aby nie wyjść na jakąś histeryczkę. Kiedy się denerwowała to zawsze miała wrażenie, że wszyscy to widzą i śmieją się z niej. Przecież Melody Viviere musi być zawsze twarda i pewna siebie. Takie było jej założenie odkąd tylko pamięta.
    Kiedy w końcu wyszedł z sali to serce zabiło jej mocniej. Wzięła głęboki oddech i kiwnęła do niego, aby do niej podszedł. Popatrzył na nią zdziwiony, ale po chwili zaczął iść w jej stronę. Nie patrzył jej w oczy, jego wzrok był skierowany w ziemię. Kiedy oparł się plecami o okno, korytarz był już całkowicie pusty. Przez chwilę stali w milczeniu. Kol chyba nie miał zamiaru zacząć rozmowy, właściwie to wyglądał na mało zainteresowanego rozmową z nią. Pewnie czuł do niej ogromny żal, a ona wcale mu się nie dziwiła. Jednak robiła to, co robiła, nie tylko ze względu na siebie, ale też i na niego.
- Kol, wiem, że cię zraniłam. - Zaczęła prosto z mostu. Nie miała siły na owijanie w bawełnę. - I to co powiem teraz pewnie zrani cię jeszcze bardziej, ale...
- Ale? - przerwał jej lodowatym głosem. Jego wzrok ciągle był utkwiony w jednym punkcie - na czubkach swoich butów.
- Nigdy nie będziemy razem - powiedziała. - Mówię ci to, abyś podarował sobie te twoje zagrywki.
    Kol podniósł wzrok i spojrzał jej prosto w oczy, marszcząc czoło.
- Jakie zagrywki? - zapytał zdziwiony.
    Melody skrzywiła się. Chłopak miał zamiar chyba udawać głupiego, ale ona tego nie łykała.
- Udawanie, że pozwalasz mi odejść? - Popatrzyła na niego z lekko pogardliwym uśmiechem. - Proszę cię, dzień wcześniej błagasz mnie, żebym z tobą była, a na drugi dzień już cię to nie interesuje? - zaśmiała się.
    Chłopak westchnął lekko i położył jej rękę na ramieniu. Jego oczy wpatrzone było prosto w jej oczy. Patrzył przeszywającym wzrokiem jakby próbował zbadać zakamarki jej umysłu.
- Melody, odpuść - powiedział. - Widać nie było nam dane być razem.
    Melody poczuła jakby ktoś dał jej w twarz. Ona ma odpuścić? To przecież on ją męczy i dręczy, błaga o związek, a teraz mówi, że ona ma odpuścić. Chyba coś mu się pomyliło! Ona przyszła tutaj by skończyć z jego złudnymi nadziejami, a on z nią pogrywa w jakieś głupie gierki i odwraca kota ogonem!
- Było, minęło. - Poprawił koszulę i podniósł się z parapetu. - A teraz wybacz, ale się spieszę.
    I odszedł. Patrzyła osłupiała jak odchodzi. Nawet się nie odwrócił, ani na nią nie spojrzał. Po prostu odszedł. Nie rozumiała do końca co się właściwie stało. Kol zachowywał się jak inny człowiek. Nie wiedziała w co gra i skąd mu to przyszło do głowy, ale czuła się upokorzona. To ona miała władzę w tym "związku", a wyszło na to, że to on ją olał.
    A do tego "wybacz, ale się spieszę"? To są chyba jakieś żarty! Perfidnie ją zignorował!
    Zacisnęła pięść z całej siły. Zamiast się cieszyć, że ma tą toksyczną znajomość za sobą, to nie wiedząc czemu, czuła się oszukana. Na co ona liczyła? Że całe życie będzie za nią biegał i błagał ją o chociażby jedno słowo skierowane w jego stronę? Nie była przecież, aż taką egoistką. A może była? W każdym razie dostała za to nauczkę.
    Jednak nie miała zamiaru tego tak zostawić. Nikt nie traktuje w ten sposób Melody Viviere. To ona jest tą, która decyduje o sobie, swoim życiu i swoich znajomościach. Udowodni mu, że jej potrzebuje. Kol Hemecker nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy jak bardzo!

niedziela, 7 lipca 2013

3. Żegnaj.

 Wiem, że krótko i wiem, że długo musiałyście czekać, ale mam nadzieję, że treściwie. 


    Dobrym akcentem dla Melody Viviere było to, że w poniedziałki zajęcia miała dopiero na jedenastą. W związku z tym, że każdy weekend jest zazwyczaj męczący to było jej to bardzo na rękę. Zwłaszcza, że trzeba było przestawić się po wakacjach na wcześniejsze wstawanie, także przynajmniej nie przeżyła od razu szoku tylko stopniowo mogła się do tego przyzwyczajać. Był początek roku, więc lepszy plan nie mógł się jej trafić. Zwłaszcza po ostatniej ciężkiej dla niej nocy.
    Pierwszą lekcją tego dnia była transmutacja. Przedmiot bardzo lubiany przez Viviere, jako jeden z niewielu. Zapisała się na minimalną ilość zajęć tak, aby się nie przemęczać. Nie wiedziała kim chce zostać w przyszłości i jakie umiejętności chce zdobyć. Pokierowała się, więc tym, na których przedmiotach będzie się najmniej nudzić.
    Jednak tego dnia szła na zajęcia niezbyt zadowolona. Po wczorajszej nocy nie miała ochoty GO spotkać. Jednak ON także uczęszczał na te zajęcia. Właściwie na praktycznie te same co ona. Była skazana na to by go dzisiaj zobaczyć. Postanowiła, że będzie go ignorować. Traktować jakby był powietrzem tak samo jak kiedyś. Miała tylko nadzieję, że on nie zacznie robić jej publicznie scen, tylko zaakceptuje jej decyzję i uczyni to wszystko łatwiejszym.
    Podeszła pod salę transmutacji. On już tam był. Siedział samotnie na schodach i patrzył się prosto w nią przeszywającym wzrokiem. Udała, że go nie widzi i z uśmiechem na twarzy podeszła do Alexii, która czekała już na zajęcia. Uśmiechnęła się do niej na przywitanie i zaczęły rozmawiać. Czuła jego wzrok na plecach, wypalający jej dziurę między łopatkami. Ręce jej lekko drżały, ale nie dała nic po sobie poznać przed przyjaciółką. Jeśli ktokolwiek by się dowiedział o tym jak namieszała to w ogóle już by była katastrofa.
    Nagle poczuła jak ktoś ją obejmuje od tyłu i podskoczyła zaskoczona. Była pewna, że to on. Miała już zamiar odwrócić się i uderzyć go w twarz, jednak zobaczyła, że to nie Kol. To był Dean, jej przyjaciel. Z Deanem znali się od dziecka. Ich matki przyjaźniły się już w szkole i po ślubach zamieszkały obok siebie. Od małego spędzali razem czas, razem poszli do szkoły, razem dorastali. Niestety w innych domach, bo Dean Cain był w Feroxie. A jaka szkoda, w Placidusie miałaby go tak blisko!
- Dean! – zawołała radośnie  – Jak miło cię widzieć! – objęła go mocno i pocałowała w policzek. Mimo, że byli sąsiadami to przez całe dwa miesiące wakacji nie mieli okazji się spotkać, bo ona była praktycznie cały czas na wyjazdach, a kiedy trafiały się takie dni, kiedy przyjeżdżała do domu to akurat go nie było. Było jej trochę szkoda, że nie mogła spędzić z nim wakacji, ale wiedziała, że się nie nudził. On w ich wspólnym miasteczku Vogar miał dużo mugolskich znajomych, ona tam miała tak naprawdę tylko jego.
- Ciebie też, mała. – Cain odwzajemnił uścisk. Czuć było, że naprawdę się za nią stęsknił.
- Brakowało mi ciebie na wakacjach. – Uśmiechnęła się. – Bez ciebie to nie to samo. Nie miał mnie kto pilnować. – Mrugnęła do niego żartobliwie. Dean był dla niej jak starszy brat, zawsze wyciągał ją z opałów, był jej Aniołem Stróżem, mimo, że często wcale go nie słuchała. Później oczywiście okazywało się, że miał rację, choć nigdy by mu tego nie przyznała. I wcale nie był od niej lepszy. Sam czasem zachowywał się jak dzieciak. Najważniejsze było dla niej to, że cokolwiek by nie zrobiła to i tak może na niego liczyć, obojętnie jak bardzo by był na nią zły.
- To ty mnie opuściłaś. – Brunet zrobił smutną minę i popatrzył na nią z wyrzutem. Wiedziała jednak, że wcale się na nią nie obraził.  – Dlaczego nie było cię na powitalnej imprezie w Feroxie? Obiecałaś, że będziesz. – Chłopak pokiwał jej palcem.
- Nie wyrobiłam się. – Szybko zerknęła na Kola, który nadal patrzył prosto na nią. Uśmiechnęła się szeroko do Deana, aby nic po niej nie poznał. Wiedziała, że nie uwierzy w taką odpowiedź, znał ją za dobrze, ale wiedziała, że nie będzie naciskać. - Ale wpadnę dzisiaj wieczorem to pogadamy – obiecała, aby zmienić temat.
- Trzymam za słowo. – Cain uśmiechnął się radośnie i na tym ich rozmowa się skończyła. Właśnie ich nauczyciel, Elam Smug otwierał salę do transmutacji. Melody, widząc idącego w jej stronę Kola szybko złapała Alexię i zajęły pierwszą lepszą ławkę.

***

    Cały dzień udawało jej się unikać Kola, mimo, że na każdej lekcji wlepiał w nią wzrok. Czuła się zdenerwowana i zasmucona, bo bardzo chciała do niego podejść, przytulić i sprawić by było jak wcześniej, a z drugiej strony miała ochotę rzucić na niego Avada Kedavrę, bo zachowywał się jak szaleniec. Była mu jednak wdzięczna za to, że nie robi jej publicznych scen. Wiedziała, że w końcu będzie musiała z nim porozmawiać, ale miała nadzieję, że nie nadejdzie ten moment zbyt szybko.
    Pierwszy dzień okazał się tak męczący, że nawet nie miała ochoty iść na kolację. Postanowiła zejść do Pokoju Wspólnego, usiąść w rogu na kanapie i wyłączyć wszystkie emocje. W tym momencie było to spełnieniem jej marzeń. Ten rok nie zaczął się dla niej zbyt dobrze i musi odzyskać kontrolę nad sobą, żeby nad tym wszystkim jeszcze zapanować. Nie było jej to jednak dane.
- Miałem nadzieję, że cię tu spotkam. - Przeklęła się w duchu kiedy usłyszała jego głos tuż obok siebie. Otworzyła oczy i spojrzała na niego pusto. Twarz Kola też nie wyrażała zbyt wielu emocji. Teraz kiedy był tak blisko mogła zobaczyć jak się zmienił przez wakacje. Jego oczy straciły dawny blask, pod nimi miał charakterystyczne cienie. Jego twarz była bardziej koścista i wydawała się być bardziej podłużna. Szaty wisiały na nim jak na szkielecie.
    Jej serce zadrżało. Ale nie z litości, lecz z przerażenia. Nie miała zamiaru brać odpowiedzialności za czyjeś życie i nie wiedziała jak to jest możliwe, że zakochała się w kimś tak słabym. Jak można tak oszaleć na czyimś punkcie jak on oszalał na jej? Bała się tego, bo nie wierzyła, że ktokolwiek jest zdolny do takiej miłości, wiedziała, że ona na pewno nie jest. Tylko dlaczego nie może się tym nie przejmować tak jak kiedyś? Nie potrafiła już go traktować jak zabawkę. Mimo, że nie chciała się do tego przyznać nawet przed sobą, wiedziała, że wiele dla niej znaczy. I dlatego nie może pozwolić by coś między nimi było. Zniszczyła by go i jego całe życie.
- Mogę usiąść? - zapytał niepewnie.
    Kiwnęła delikatnie głową i spojrzała przed siebie. Nie mogła dłużej na niego patrzyć, bo jeszcze chwila i by go przytuliła.
- Melody... - Wyciągnął niepewnie rękę i położył jej ją na ramieniu. Poczuła jego dotyk i przez chwilę zastygła, nie wiedząc co zrobić.
    Spojrzała powoli w jego stronę.
- Nie dotykaj mnie - powiedziała. - Proszę - dodała po chwili.
    Wziął rękę i położył na swoim kolanie. Spojrzał w ziemię i powiedział:
- Wiem, że nie jestem ciebie wart i masz rację odrzucając mnie. - Melody czuła jak pęka jej serce, ale nie odezwała się, więc chłopak kontynuował:
- Jestem nikim istotnym, zwykłym szarym chłopcem, nie wyróżniającym się niczym, a ty jesteś piękną, przebojową i wspaniałą dziewczyną...
    Melody patrzyła w ziemię, nie mając sił spojrzeć na chłopaka. Chciała powiedzieć, że to nie on jest tym gorszym, tylko, że to właśnie ona nie jest warta jego, że zniszczy mu życie i lepiej mu będzie bez niej, ale nie mogła tego zrobić. Po prostu nie mogła.
- Pamiętaj tylko, że możesz zawsze na mnie liczyć i jeśli zmienisz zdanie to uczynisz mnie najszczęśliwszym chłopakiem na ziemi. - Kol podniósł rękę i delikatnie odgarnął jej włosy z czoła i schował je za ucho. Podniósł się powoli i nachylił się w jej stronę. Odwróciła się by spojrzeć mu w oczy i ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie. Jego usta były tak blisko, że wystarczyło tylko ich dotknąć i już utonęliby w namiętnym pocałunku. Lecz on pocałował ją w policzek i odsunął się.
- Żegnaj, Melody. - Ostatni raz na nią spojrzał, w jego oczach była pustka, nic nie mówiąca. Odwrócił się powoli i nie zatrzymując się po prostu poszedł. Przez chwilę patrzyła na jego smutną, przygarbioną sylwetkę, po czym wyszeptała:
- Żegnaj, Kol.

środa, 27 marca 2013

2. On.

 Notkę dedykuję Kasi i mam nadzieję, że to ona będzie mieć do mnie cierpliwość i to ona wytrzyma ze mną :D



2 miesiące wcześniej...

-Mam dość ukrywania się i bycia twoim chłopcem na zawołanie!
     Patrzyła w oczy pełne gniewu i bezsilności. Jeszcze nigdy nie widziała, aby patrzył na nią w ten sposób. To raczej ona miała tu silny charakter, a nie ON. On zawsze był uległy i grzeczny. Jak widać każdy jest w stanie stracić cierpliwość i wybuchnąć. Udawała, że ją to śmieszy, patrzyła na niego z rozbawieniem, widząc jak wije się ze złości. Jednak w głębi duszy czuła kłucie i delikatny strach. Nie spodziewała się po nim takiej reakcji, miał przecież być taki jakiego ona go chciała. Jak śmiał zburzyć jej spokój i się jej sprzeciwić?
- Albo przyznasz, że jesteśmy razem i pokażemy się ludziom, albo ja kończę to... - zaciął się, nie wiedząc co ma powiedzieć przez co zezłościł się jeszcze bardziej. - To... coś!
     Uśmiechnęła się lekko pod nosem i wzruszyła ramionami.
- Co ty odwalasz w ogóle? - zapytała, patrząc mu odważnie w oczy. - Przestań zachowywać się jak małe dziecko.
     Chłopak, aż drżał ogarnięty furią, z jego oczy cisnęły pioruny, a ręce zaciskały się i rozluźniały. Miał ochotę ją rozszarpać, to jasne. Zawsze obojętna, nie przejęta niczym innym poza sobą jeszcze prowokowała go, aby złość ogarniała go jeszcze bardziej. Dlaczego ona była tak okrutna? Co on tu jeszcze robił z nią? Czy ona jest tego warta, by tak się upokarzać?
- To ty się zachowujesz jak dziecko. - Podszedł do niej i popatrzył jej prosto w oczy twardym wzrokiem. Myślał pewnie, że dziewczyna zmięknie, lecz ona uśmiechnęła się tylko jeszcze bardziej. Jego twarz była słodka jak u małego dziecka, tak niewiarygodna kiedy się złościł, że aż mu współczuła. Z tak ciepłym spojrzeniem nie wiele może zdziałać.
- Wiesz... teoretycznie to ja jestem jeszcze dzieckiem. Mam szesnaście lat – powiedziała, udając beztroskę i odwróciła się z zamiarem wyjścia z komórki na miotły.
    Złapał ją za nadgarstek tak mocno, że aż syknęła. Przyciągnął ją do siebie tak, że stykali się ze sobą klatkami piersiowymi, a ich twarze były bardzo blisko siebie.
- Musisz się określić, Melody – powiedział poważnie, przeszywając ją wzrokiem. Jeszcze nigdy go takiego nie widziała. Z natury był słaby i to ona dominowała w ich tajemnym „związku”. Na początku miała to być tylko zabawa. Bo kto by się zainteresował takim przeciętnym chłopakiem jak on? Był totalnie zwyczajny, bez żadnych szczególnych cech, które mogą zafascynować kobietę. Z wyglądu był przeciętny, wyglądał wręcz jak urocze, małe dziecko, które kiedyś w przyszłości może wyrosnąć na całkiem przystojnego mężczyznę.
     Mimo że czuła, że traci swoją przewagę, którą zawsze nad nim miała. Wiedziała, że on zakochał się w niej bez pamięci, ale najgorsze było to, że i ona nie mogła powiedzieć, że jest jej obojętny. Jasne było to, że nigdy mu tego nie wyzna, przecież Melody Viviere nie była stworzona do związku. Dzielenia z kimś swych emocji? Poświęcenia dla drugiej osoby i troski o nią? Co to, to nie! Związek niszczy osobowość i ona nie miała zamiaru dać zniszczyć swojej. Zwłaszcza nie przez jakiegoś tam przeciętniaka. Więc co w nim takiego było, że zaczęła coś do niego czuć?
- Widzimy się pierwszego września. I lepiej, żebyś do tego czasu podjęła decyzję. - Odepchnął ją od siebie i wyszedł, nie odwracając za nią wzroku.



      Siedział na schodach i patrzył jak wszyscy ludzie mijający się na korytarzu żegnają się ze sobą i życzą sobie miłych wakacji. W końcu mieli się nie widzieć przez następne dwa miesiące. Jego też czasem ktoś klepnął w ramię i machał mu na pożegnanie, jednak nie był na tyle popularną osobą, żeby co chwilę ktoś mu przeszkadzał w rozmyśleniach. Raczej znał ludzi ze swojego rocznika, parę osób z innych klas i nikogo więcej.
      Patrzył na swoje dłonie, które okropnie mu drżały, nie potrafił ich powstrzymać, tak samo jak oddechu, który nadal był przyspieszony. Czuł jak boli go klatka piersiowa jakby miał zaraz się udusić. Piekły go oczy, ale mrugał szybko, aby publicznie nie pociekły mu łzy po policzkach. Może nie był jakiś bardzo męski, ale mimo wszystko był mężczyzną i nie miał zamiaru płakać, a tym bardziej nie w takim miejscu. To co czuł to było dla niego zupełnie nowe uczucie. Przed Melody żadna dziewczyna nim się nie zainteresowała. Wiadomo, miał koleżanki, ale zawsze wszystkie traktowały go tylko jako kolegę. Kiedy odezwała się do niego taka dziewczyna jak Viviere nie wierzył we własne oczy. Brunetka raczej nigdy nie traciła czasu na takich przeciętniaków jak on.
      Kiedy jego oddech się uspokoił i zaczął racjonalnie myśleć zrozumiał co właśnie zrobił. On krzyczał na nią, starał się coś na niej wymusić i postawił jej ultimatum! Jak mógł być tak głupi?! Teraz to na pewno ją straci, przecież Melody nie da się tak traktować! Nie wiedział co w niego wstąpiło i już wiedział, że popełnił największy błąd w jego życiu. Straci swoją ukochaną na zawsze. Już lepiej gdyby nadal się spotykali w tajemnicy, przynajmniej miałby ją choć na chwilę dla siebie!
      Zerwał się na nogi i pobiegł w stronę domu Placidusa. Chciał ją znaleźć, przeprosić, przytulić i powiedzieć, że będzie tak jak ona chce, że wcale nie musi podejmować takich decyzji. Miał nadzieję, że jeszcze uda się to wszystko uratować, lecz tak się nie stało. Nie znalazł jej, mimo że szukał bardzo długo. Jednak nieuchronnie przyszedł czas powrotu do domu. Na całe wakacje. Dwa miesiące. Mógł mieć tylko nadzieję, że ona się pojawi pierwszego września i pozwoli mu to wszystko naprawić.



Teraz...
      Melody opuściła Wielką Ucztę bardzo wcześnie. Chciała znaleźć go jak najszybciej i powiedzieć mu o tym o czym myślała przez całe wakacje. Czuła jak mocno bije jej serce, lecz miała nadzieję, że nie widać tego po niej. Mimo wszystko jego słowa sprzed dwóch miesięcy zabolały ją i siedziały w jej głowie przez całe wakacje, nie dając jej spokoju. Najgorsze było dla niej zrozumienie, że naprawdę zależy jej na nim. I to bardzo. Kiedy to do niej dotarło to reszta przyszła jej z łatwością. Już wiedziała co ma zrobić. Tylko najpierw musiała go znaleźć.
      Kiedy zapukała do drzwi męskiego dormitorium Placidusa i usłyszła ciche „proszę” czuła jak mocno ściska jej się żołądek. Odetchnęła lekko, narzuciła na twarz swoją obojętną minę i weszła do środka.
Spojrzała na smutnego Kola Hemeckera, siedzącego jak ostatnia sierota na swoim łóżku i serce jej zmiękło, a nogi ugięły się pod nią. Miała ochotę zrobić w tym momencie tylko jedną rzecz i przeklinała się za to, że nie umie nad tym zapanować. Po raz pierwszy w życiu nie potrafiła tego zrobić. Podeszła szybko do chłopaka, usiadła mu na kolanach i pocałowała go namiętnie. Czuła jak jego usta drżą spragnione tego pocałunku i jak mocno wpijają się w jej wargi. Objęła jego kark i przyciągnęła mocno do siebie. On objął ją mocno w talii tak jakby nigdy miał już jej nie wypuścić.
      Gdy oderwali się od siebie on uśmiechał się lekko, w jego oczach widać było szaleńcze szczęście, jakby jego największe marzenie właśnie się spełniło. Wtedy ona otrząsnęła się i skamieniała. Właśnie tego się bała, tego, że ktoś będzie w stanie tak na nią patrzeć, jakby była jakiś najwspanialszym podarunkiem na świecie i będzie w stanie poświęcić życie dla niej, a on właśnie w tym momencie był zdolny do tego. Dlatego nie chciała się angażować i już wiedziała co ma zrobić. To co planowała przez całe wakacje.
- Słuchaj, Kol... - Jego uśmiech lekko pobladł, ale jeszcze utrzymywał się na jego twarzy. - Myślę, że lepiej będzie jak przestaniemy się spotykać. To miała być tylko zabawa, a ty... - Dziewczyna twardo patrzyła mu w oczy, nie dając poznać po sobie jak ciężko jej to było zrobić. - A ty się zaangażowałeś. Ja nic do ciebie nie czuję. - Te słowa ledwo przechodziły jej przez gardło, ale wiedziała, że brzmi wiarygodnie. - I nigdy nic do ciebie nie poczuję.
      Wstała z jego kolan, uśmiechnęła się swoim pocieszającym uśmiechem i odwróciła się w stronę wyjścia, zostawiając otępionego chłopaka sam na sam ze swoim bólem i pierwszym w życiu miłosnym rozczarowaniem.
     Melody kiedy zamknęła za sobą drzwi szybko pobiegła do swojego dormitorium, mając nadzieję, że nikogo tam jeszcze nie będzie. Na jej szczęście tak właśnie było. Otworzyła swoją walizkę i szukając w niej butelki Ognistej Whisky otarła łzę spływającą jej po policzku.



     Starała się jak najciszej wejść do dormitorium, aby nie obudzić swoich współlokatorek. Wiedziała, że nie jest to łatwe ze względu na stan upojenia w jakim się znajdowała. Mimo prób bycia dyskretną obudziła się Alexia.
- Kto to? - zapytała półszeptem, a Melody skrzywiła się. Odetchnęła lekko i skierowała się poomacku do łóżka koleżanki. Położyła się obok niej, a praktycznie na niej, bo dziewczyna jęknęła z bólu.
- Przepraszam, że cię obudziłam - położyła głowę na poduszkę. Czuła jak kręci się jej w głowie i starała się nad tym zapanować. Nie lubiła tego stanu, chyba zresztą jak każdy. Musiała walczyć ze sobą, żeby nie zwymiotować. Piła żeby poczuć się lepiej, a wychodzi na to, że czuje się jeszcze gorzej.
- Nic nie szkodzi, ale gdzie ty się tak włóczysz, dziewczyno? - zapytała cicho, chodź niepotrzebnie, bo innych dziewczyn nie obudziłyby nawet armatnie wystrzały. Wszystkie spały twardo po powitalnej imprezie Placidusa.
- Miałam pewne plany co do wieczora - przymknęła oczy. Była strasznie zmęczona. Nie chciała o wcześniejszych wydarzeniach ani mówić, ani nawet myśleć. Serce ją od tego bolało zbyt mocno. Miała nadzieję, że to tylko chwilowe i jutro wszystko wróci do normy. Znów będzie tą samą obojętna Melody co zawsze. - Powiem ci jak wszystko pójdzie po mojej myśli. - Sama nie wiedziała za bardzo o co jej chodzi. Co ma pójść po jej myśli? Jedynie to ten cholerny ból serca mógłby minąć. Dlaczego ją tak mocno boli? Przecież alkohol miał to wyleczyć jak zawsze. Może za mało wypiła? - Pouczyłaś się? - zapytała, starając zmienić temat.
       Alexia przewróciła się w jej stronę i popatrzyła jej w oczy.
- Nie, niestety. Lena mnie wyciągnęła na tą imprezę do Feroxa – odpowiedziała. Viviere uśmiechnęła się lekko. To dobrze. Przyda się tej dziewczynie trochę rozrywki. Za dużo się uczy. Zdecydowanie za dużo. - Później byłam na nią okropnie zła za to.. Kompletnie mi się tam nie podobało.
- Dlaczego? - zapytała sennym głosem.
- Dziś nie miałam nastroju na zabawę. - rzekła, całkiem szczerze. - Za to ja widzę, że ty się nieźle bawiłaś.
       Melody zamyśliła się na chwilę. Zerwanie ze swoim nawet nie chłopakiem, picie i płacz w samotności... Raczej nie była to wymarzona zabawa.
- Całkiem dobrze – skłamała. Przymknęła oczy, bo czuła jak ogarnia ją senność.- Całkiem dobrze...
      Nic więcej już nie pamiętała.

wtorek, 26 lutego 2013

1. Snowhange.

Notka bardzo krótka, ale z moją weną ostatnio ciężko. Obiecuję, że w najbliższym czasie będzie coś dłuższego i bardziej konkretnego!

 
    Snowhange. Ta szkoła wiecznie pokryta białym puchem była miejscem magicznym nie tylko ze względu na to, że była szkołą magii, ale także dzięki swojemu specyficznemu charakterowi i bajecznemu wyglądzie. Można by pomyśleć, że nikt nie wraca chętnie do szkoły, lecz mimo to Melody kochała to miejsce i po dwóch miesiącach wakacji chętnie tu wróciła. Uważała Snowhange za swój prawdziwy dom i nie wyobrażała sobie momentu kiedy skończy szkołę i będzie musiała się stąd wynieść. Przerażał ją sam fakt wejścia w życie dorosłe, gdzie będzie musiała się ustatkować i myśleć poważnie o przyszłości. Nie miała pojęcia co dalej ze sobą zrobi, ani czym się zajmie. Czy stworzy rodzinę? Nie czuła się gotowa na żadną z tych rzeczy.
     Melody Viviere była uczennicą dziesiątej klasy. Przynależała do Placidusa i mimo, że charakterem nie bardzo pasowała do tego domu, gdzie powinni być ludzie uprzejmi i spokojni, to wcale jej to nie przeszkadzało, a wręcz podobało, że się wyróżnia. Nigdy nie lubiła być szarą myszką, ale też celowo nie starała się pokazać. Wychodziło to całkowicie naturalnie z jej sposobu bycia. Melody była niską, filigranową dziewczyną o ciemnobrązowych włosach i zadziornych oczach pełnych tajemnicy. Nieodgadniona, pełna skrajności szesnastolatka była jak tykająca bomba, mogąca wybuchnąć w każdej chwili. Nikt nigdy się nie dowiedział i raczej nikt nigdy się nie dowie dlaczego taka jest. Nawet ona sama.
    Rok szkolny jak zwykle rozpoczynał się 1 września wielką ucztą, która akurat nie była czymś fascynującym dla Melody. Bardziej interesowało ją późniejsze balowanie do późna w nocy ze znajomymi, których dawno nie widziała. Co roku w każdym domu po wielkiej kolacji urządzane były imprezy w każdym z trzech domów, które tworzyły Snowhange – czyli oprócz Placidusa, Ferox i Honestus. Tradycja ta na pewno miała się utrzymać w tym roku.
     Viviere podeszła do stołu swojego domu i rozejrzała się za jakąś znajomą twarzą. Po chwili zauważyła swoją dobrą koleżankę z dormitorium Alexię i pomachała do niej radośnie. Alexia Walsh była jedną jej najlepszych koleżanek mimo że były całkowicie różne. Dla Melody dziewczyna była dość zagubiona w świecie, trochę niezdarna i zbyt uczuciowa, ale mimo wszystko umiała znaleźć z nią wspólny język. Alexia była szatynką o przemiłym wyrazie twarzy i wyglądzie całkowicie odzwierciedlającym jej dobry charakter. Według Melody czasem zbyt dobry przez co czasem cierpiała.
- Alexia! - usiadła przy stole i spojrzała na współlokatorkę. - Jak ci minęły wakacje?
     Szatynka odwróciła się w jej stronę i na jej ustach od razu pojawił się szeroki uśmiech.
- Melody, witaj! - przywitała się. - Oh, wakacje były wspaniałe! A jak tam u ciebie?
     Viviere uśmiechnęła się do siebie na samą myśl o jej wakacjach. Nie próżnowała ani chwili, jej głowa całkowicie była zapełniona przeróżnymi wspomnieniami. Może oprócz momentów kiedy film się jej urywał i w głowie miała pewną lukę, ale przecież to się zdarza każdemu.
- Szwędałam się tu i tam - uśmiechnęła się tajemniczo. Nigdy nie była zbyt rozgadana jeśli chodzi o jej własną osobę. Wolała słuchać i przechowywać tajemnice innych niż powierzać komuś swoje. Było to dużo bardziej bezpieczne. - Ale miło tu wrócić mimo wszystko. I dobrze cię widzieć – powiedziała szczerze. Widać było w jej radosnym uśmiechu, że Alexia myśli tak samo.
- Mi ciebie też, na prawdę. Jednak to w Snowhange zawsze czuję że żyję. - stwierdziła.
     Właśnie chyba przez to tak dobrze się dogadywały. Obie kochały to miejsce i czuły się tu dobrze i na swoim miejscu. Jak w domu.
- Tak - przyznała jej rację Melody - To miejsce ma swój urok.
     Szesnastolatka zajęła się jedzeniem. Przez cały dzień praktycznie nic nie jadła, więc czuła jak okropnie burczy jej w brzuchu. Na stole było dużo przepysznego jedzenia i dziewczyna nie wiedziała za co się najpierw zabrać.
- Wybierasz się później na imprezę powitalną Placidusa? - zapytała po dłuższej chwili. Raczej nie spodziewała się, że Alexia wybierze się, ale warto było spróbować. Raczej nie było to jej ulubionym zajęciem.
- Nie - opowiedziała krótko - Nie lubię za bardzo chodzić na tego typu imprezy. Może wpadnę tylko na chwilę, chodź...sama nie wiem - dziewczyna zastanawiała się. Melody wiedziała o czym myśli. Znała ją na tyle dobrze, że nie zdziwiła kiedy usłyszała wniosek. - Muszę się chyba jeszcze troszkę pouczyć.
     Brunetka tylko kiwnęła głową. Zawsze potrafiła się dopasować do osoby, z którą przebywa i może przez to tak wiele osób uważało ją za przyjaciółkę, choć dla niej praktycznie zawsze to było zbyt wielkie stwierdzenie. Potrafiła być dobrą przyjaciółką, lecz nie potrafiła zaufać innej osobie i odwdzięczyć się jej też przyjaźnią. Nie potrafiła się zwierzać ze swoich sekretów, przyznać przed kimś do swych myśli, czy czynów. Nawet przed samą sobą było to ciężkie.
- Rozumiem - Nigdy nikogo nie naciskała. Każdy robił co chciał. - Ja zamierzam się pobawić. Wiele osób dawno nie widziałam. - Odłożyła widelec i spojrzała na zegar. Nadchodził czas spotkania, które planowała już w czerwcu.- Muszę już iść. Do zobaczenia później. - Wstała od stołu i wyszła z sali, machając Alexii na pożegnanie.
      Wyszła z pomieszczenia i szła w ciszy przez korytarz. Nikogo nie mijała, nikogo tu nie było. Wszyscy byli na Uczcie, nadaj zajadając się pysznościami. Jednak ona nie miała na to czasu. Obiecała w czerwcu, że się pojawi na spotkaniu jeszcze w trakcie uczty. Czuła lekkie podniecenie, które ściskało jej żołądek, ale starała się to zignorować. Czekała na tą rozmowę już dwa miesiące i cieszyła się, że stanie się to już dzisiaj. Rozglądała się po zamku i na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. W końcu w domu. Znów mogła czuć się w pełni sobą.