niedziela, 7 lipca 2013

3. Żegnaj.

 Wiem, że krótko i wiem, że długo musiałyście czekać, ale mam nadzieję, że treściwie. 


    Dobrym akcentem dla Melody Viviere było to, że w poniedziałki zajęcia miała dopiero na jedenastą. W związku z tym, że każdy weekend jest zazwyczaj męczący to było jej to bardzo na rękę. Zwłaszcza, że trzeba było przestawić się po wakacjach na wcześniejsze wstawanie, także przynajmniej nie przeżyła od razu szoku tylko stopniowo mogła się do tego przyzwyczajać. Był początek roku, więc lepszy plan nie mógł się jej trafić. Zwłaszcza po ostatniej ciężkiej dla niej nocy.
    Pierwszą lekcją tego dnia była transmutacja. Przedmiot bardzo lubiany przez Viviere, jako jeden z niewielu. Zapisała się na minimalną ilość zajęć tak, aby się nie przemęczać. Nie wiedziała kim chce zostać w przyszłości i jakie umiejętności chce zdobyć. Pokierowała się, więc tym, na których przedmiotach będzie się najmniej nudzić.
    Jednak tego dnia szła na zajęcia niezbyt zadowolona. Po wczorajszej nocy nie miała ochoty GO spotkać. Jednak ON także uczęszczał na te zajęcia. Właściwie na praktycznie te same co ona. Była skazana na to by go dzisiaj zobaczyć. Postanowiła, że będzie go ignorować. Traktować jakby był powietrzem tak samo jak kiedyś. Miała tylko nadzieję, że on nie zacznie robić jej publicznie scen, tylko zaakceptuje jej decyzję i uczyni to wszystko łatwiejszym.
    Podeszła pod salę transmutacji. On już tam był. Siedział samotnie na schodach i patrzył się prosto w nią przeszywającym wzrokiem. Udała, że go nie widzi i z uśmiechem na twarzy podeszła do Alexii, która czekała już na zajęcia. Uśmiechnęła się do niej na przywitanie i zaczęły rozmawiać. Czuła jego wzrok na plecach, wypalający jej dziurę między łopatkami. Ręce jej lekko drżały, ale nie dała nic po sobie poznać przed przyjaciółką. Jeśli ktokolwiek by się dowiedział o tym jak namieszała to w ogóle już by była katastrofa.
    Nagle poczuła jak ktoś ją obejmuje od tyłu i podskoczyła zaskoczona. Była pewna, że to on. Miała już zamiar odwrócić się i uderzyć go w twarz, jednak zobaczyła, że to nie Kol. To był Dean, jej przyjaciel. Z Deanem znali się od dziecka. Ich matki przyjaźniły się już w szkole i po ślubach zamieszkały obok siebie. Od małego spędzali razem czas, razem poszli do szkoły, razem dorastali. Niestety w innych domach, bo Dean Cain był w Feroxie. A jaka szkoda, w Placidusie miałaby go tak blisko!
- Dean! – zawołała radośnie  – Jak miło cię widzieć! – objęła go mocno i pocałowała w policzek. Mimo, że byli sąsiadami to przez całe dwa miesiące wakacji nie mieli okazji się spotkać, bo ona była praktycznie cały czas na wyjazdach, a kiedy trafiały się takie dni, kiedy przyjeżdżała do domu to akurat go nie było. Było jej trochę szkoda, że nie mogła spędzić z nim wakacji, ale wiedziała, że się nie nudził. On w ich wspólnym miasteczku Vogar miał dużo mugolskich znajomych, ona tam miała tak naprawdę tylko jego.
- Ciebie też, mała. – Cain odwzajemnił uścisk. Czuć było, że naprawdę się za nią stęsknił.
- Brakowało mi ciebie na wakacjach. – Uśmiechnęła się. – Bez ciebie to nie to samo. Nie miał mnie kto pilnować. – Mrugnęła do niego żartobliwie. Dean był dla niej jak starszy brat, zawsze wyciągał ją z opałów, był jej Aniołem Stróżem, mimo, że często wcale go nie słuchała. Później oczywiście okazywało się, że miał rację, choć nigdy by mu tego nie przyznała. I wcale nie był od niej lepszy. Sam czasem zachowywał się jak dzieciak. Najważniejsze było dla niej to, że cokolwiek by nie zrobiła to i tak może na niego liczyć, obojętnie jak bardzo by był na nią zły.
- To ty mnie opuściłaś. – Brunet zrobił smutną minę i popatrzył na nią z wyrzutem. Wiedziała jednak, że wcale się na nią nie obraził.  – Dlaczego nie było cię na powitalnej imprezie w Feroxie? Obiecałaś, że będziesz. – Chłopak pokiwał jej palcem.
- Nie wyrobiłam się. – Szybko zerknęła na Kola, który nadal patrzył prosto na nią. Uśmiechnęła się szeroko do Deana, aby nic po niej nie poznał. Wiedziała, że nie uwierzy w taką odpowiedź, znał ją za dobrze, ale wiedziała, że nie będzie naciskać. - Ale wpadnę dzisiaj wieczorem to pogadamy – obiecała, aby zmienić temat.
- Trzymam za słowo. – Cain uśmiechnął się radośnie i na tym ich rozmowa się skończyła. Właśnie ich nauczyciel, Elam Smug otwierał salę do transmutacji. Melody, widząc idącego w jej stronę Kola szybko złapała Alexię i zajęły pierwszą lepszą ławkę.

***

    Cały dzień udawało jej się unikać Kola, mimo, że na każdej lekcji wlepiał w nią wzrok. Czuła się zdenerwowana i zasmucona, bo bardzo chciała do niego podejść, przytulić i sprawić by było jak wcześniej, a z drugiej strony miała ochotę rzucić na niego Avada Kedavrę, bo zachowywał się jak szaleniec. Była mu jednak wdzięczna za to, że nie robi jej publicznych scen. Wiedziała, że w końcu będzie musiała z nim porozmawiać, ale miała nadzieję, że nie nadejdzie ten moment zbyt szybko.
    Pierwszy dzień okazał się tak męczący, że nawet nie miała ochoty iść na kolację. Postanowiła zejść do Pokoju Wspólnego, usiąść w rogu na kanapie i wyłączyć wszystkie emocje. W tym momencie było to spełnieniem jej marzeń. Ten rok nie zaczął się dla niej zbyt dobrze i musi odzyskać kontrolę nad sobą, żeby nad tym wszystkim jeszcze zapanować. Nie było jej to jednak dane.
- Miałem nadzieję, że cię tu spotkam. - Przeklęła się w duchu kiedy usłyszała jego głos tuż obok siebie. Otworzyła oczy i spojrzała na niego pusto. Twarz Kola też nie wyrażała zbyt wielu emocji. Teraz kiedy był tak blisko mogła zobaczyć jak się zmienił przez wakacje. Jego oczy straciły dawny blask, pod nimi miał charakterystyczne cienie. Jego twarz była bardziej koścista i wydawała się być bardziej podłużna. Szaty wisiały na nim jak na szkielecie.
    Jej serce zadrżało. Ale nie z litości, lecz z przerażenia. Nie miała zamiaru brać odpowiedzialności za czyjeś życie i nie wiedziała jak to jest możliwe, że zakochała się w kimś tak słabym. Jak można tak oszaleć na czyimś punkcie jak on oszalał na jej? Bała się tego, bo nie wierzyła, że ktokolwiek jest zdolny do takiej miłości, wiedziała, że ona na pewno nie jest. Tylko dlaczego nie może się tym nie przejmować tak jak kiedyś? Nie potrafiła już go traktować jak zabawkę. Mimo, że nie chciała się do tego przyznać nawet przed sobą, wiedziała, że wiele dla niej znaczy. I dlatego nie może pozwolić by coś między nimi było. Zniszczyła by go i jego całe życie.
- Mogę usiąść? - zapytał niepewnie.
    Kiwnęła delikatnie głową i spojrzała przed siebie. Nie mogła dłużej na niego patrzyć, bo jeszcze chwila i by go przytuliła.
- Melody... - Wyciągnął niepewnie rękę i położył jej ją na ramieniu. Poczuła jego dotyk i przez chwilę zastygła, nie wiedząc co zrobić.
    Spojrzała powoli w jego stronę.
- Nie dotykaj mnie - powiedziała. - Proszę - dodała po chwili.
    Wziął rękę i położył na swoim kolanie. Spojrzał w ziemię i powiedział:
- Wiem, że nie jestem ciebie wart i masz rację odrzucając mnie. - Melody czuła jak pęka jej serce, ale nie odezwała się, więc chłopak kontynuował:
- Jestem nikim istotnym, zwykłym szarym chłopcem, nie wyróżniającym się niczym, a ty jesteś piękną, przebojową i wspaniałą dziewczyną...
    Melody patrzyła w ziemię, nie mając sił spojrzeć na chłopaka. Chciała powiedzieć, że to nie on jest tym gorszym, tylko, że to właśnie ona nie jest warta jego, że zniszczy mu życie i lepiej mu będzie bez niej, ale nie mogła tego zrobić. Po prostu nie mogła.
- Pamiętaj tylko, że możesz zawsze na mnie liczyć i jeśli zmienisz zdanie to uczynisz mnie najszczęśliwszym chłopakiem na ziemi. - Kol podniósł rękę i delikatnie odgarnął jej włosy z czoła i schował je za ucho. Podniósł się powoli i nachylił się w jej stronę. Odwróciła się by spojrzeć mu w oczy i ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie. Jego usta były tak blisko, że wystarczyło tylko ich dotknąć i już utonęliby w namiętnym pocałunku. Lecz on pocałował ją w policzek i odsunął się.
- Żegnaj, Melody. - Ostatni raz na nią spojrzał, w jego oczach była pustka, nic nie mówiąca. Odwrócił się powoli i nie zatrzymując się po prostu poszedł. Przez chwilę patrzyła na jego smutną, przygarbioną sylwetkę, po czym wyszeptała:
- Żegnaj, Kol.